poniedziałek, 15 lipca 2013

Rozdział 2 - Moim jedynym marzeniem jest miec dom, ludzi którzy by mnie kochali...

obudziłam się gwałtownie, cała zalana potem i łzami. Schowałam twarz w dłoniach. To tylko sen. pamiętaj. To tylko głupi sen. Z wielkim wysiłkiem powstrzymałam kolejną fale łez. Nie mogę już więcej płakać. Za dużo łez wylałam. Musze byc silna.
zamknęłam oczy i z powrotem ułożyłam się wygodnie w łóżku. Już nigdy więcej....
kiedy następnego dnia obudził mnie ten sam głos co wczoraj, wielką siłą woli powstrzymałam się od krzyku. Nie otworzyłam oczu. Zacisnęłam dłonie w pięści, chcąc chodź trochę rozładować emocje. Czy to coś dało? Nic. Rozluźniłam dłonie, czując jak paznokcie wbijają mi się w opuszki. Niechętnie wstałam z łóżka i juz chciałam iść  w kierunku szafy kiedy zatrzymał mnie głos opiekunki, która najwidoczniej jeszcze nie wyszła z pokoju.
- Lea za dwadzieścia minut przyjdź do gabinetu dyrektorki.
odwróciłam się szybko w jej kierunku i popatrzyłam na nią z wielkim zdziwieniem.
- mam przyjśc do gabinetu dyrektorki? po co?! - zapytałam przejeta
- wszystkiego sie dowiesz - opiekunka uśmiechnęła się słabo i wyszła z pomieszczenia.
Zamurowało mnie. Stanęłam jak wryta i patrzylam w miejsce gdzie przed sekudnda stała opiekunka. Wszystkie dziewczyny popatrzyły na mnie ze strachem, zazdrością i zaciekawieniem. Otrząsnęłam się i Popatrzyłam na każdą z nich po kolei, szukając jakiegokolwiek ratunku. Chyba po raz pierwszy spojrzałam im w oczy. Byłam tak zszokowana, ze nic innego nie przychodziło mi do głowy. Kiedy mój wzrok spoczął na tej która wczoraj sie do mnie uśmiechnęła, teraz powtórzyła swój gest. Uśmiechnęła się do mnie zachęcająco, pokazując przy tym rząd białych zębów. Ma na prawdę piękny uśmiech. Odwzajemniłam gest ale nie tak pewnie jak ona.
Nie wiedząc co robić spuściłam głowę i udałam się w kierunku szafy. Nie wiedząc co mnie czeka w gabinecie, ubrałam najlepsze ciuchy jakie miałam.
Z przygotowanymi ubraniami udałam się do łazienki. Zdjęłam z siebie pidżamę i wskoczyłam pod prysznic, wiążąc wcześniej włosy w niedbałego koka. Nawet gdybym chciała nie zdążyłabym ich teraz umyć. Po chwili wyszłam z kabiny i szybko ubrałam się w przygotowany wcześniej zestaw. Podeszłam do umywalki i umyłam zęby. Potem szybko rozczesałam włosy i związałam je w luźnego warkocza na bok. Popatrzyłam do lustra krytycznym wzrokiem. Może być. 
wyszłam z łazienki i popatrzyłam na zegarek. O której dzisiaj przyszła opiekunka? Chyba o siódmej, a jest dziesięć po, więc mam jeszcze trochę czasu. Zaścieliłam łóżko, a potem wyszłam z pokoju i ruszyłam w kierunku gabinetu. Tak na prawdę to nie wiem czego mam sie spodziewać. Szczerze wątpię żeby chodziło o adopcję. Jestem już na to trochę za stara, mam w końcu szesnaście lat! Adoptuje się zazwyczaj małe dzieci, takie do dziesięciu lat. W sumie to nie wiem czym ja się różnię od takiego ośmiolatka, ale tak się przyjęło. 
Jednak gdzieś tam na dnie, w sercu, obudziło się we mnie takie dziwne przeczucie, ze może jednak ktoś postanowił przygarnąć mnie pod swoje skrzydła. Budzi się to we mnie właśnie w takich sytuacjach, kiedy nie wiem czego mam się spodziewać, ale może dać mi to szanse na lepsze życie. To pieprzone uczucie... to nadzieja. Nie cierpię jej. Przyćmiewa oczy wszystkim ludziom, tylko po to, żeby potem przeżyć gorzkie rozczarowanie i zawód. dlatego z całej siły staram sie odeprzeć je od siebie. Ale, niestety, nie za bardzo mi to wychodzi. 
mogą też chcieć przenieść mnie do innego sierocińca. Często tak bywa. Z tego co mi wiadomo, moja tajemnicza współlokatorka o pięknym uśmiechu była juz w czterech, za każdym razem ja przenosili. Możliwe że mnie tez to czeka.
kiedy stanęłam przed wielkimi, brązowymi drzwiami moje tętno wyraźnie przyśpieszyło. Do tego pokoju nie wchodzi się z byle powodów. Odetchnęłam głęboko i nacisnęłam klamkę. 
Jeszcze nigdy nie byłam w tym gabinecie. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to wszechstronność. Ściany są pomalowane w jasnym kolorze, co jeszcze bardziej powiększa pomieszczenie. Za biurkiem siedziała starsza, tęga pani z okularami nisko na nosie. Uśmiechała się do mnie zachęcająco. Niepewnie weszłam do pomieszczenia, zamknęłam za sobą drzwi i spuściłam wzrok podziwiając swoje trampki.
- podejdź bliżej. - powiedziała zachęcającym głosem
Podniosłam głowę i dopiero teraz zobaczyłam dwoje ludzi siedzących przed biurkiem. dość młoda para, nie wysoka szatynka z uroczym uśmiechem i lekko przytyty mężczyzna uśmiechający się do mnie zachęcająco. Podeszłam niepewnie do biurka i mój wzrok znów powędrował na podłogę.
- usiądź proszę - usłyszałam polecenie od dyrektorki, które natychmiast wykonałam nadal podziwiając podłogę, która zdobił czerwony dywan.
Moje serce dalej biło jak szalone, a do gardła podskoczyła mi dziwna gula. zaczęłam bawić się palcami chcąc się jakoś uspokoić. Ale niewiele to dało. Znów zaczęłam się zastanawiać, po co tu przyszłam. Znów poczułam jak w sercu kiełkuje to upierdliwe uczucie. Starałam się je od siebie odsunąć, ale po prostu nie dam rady. Kiedy patrzę na tych ludzi... mam dziwne wrażenie, że oni chcą mi pomóc....
i właśnie tu jest problem. To tylko złudzenie. To jest po prostu niemożliwe. Kto chciałby zaadoptować kogoś takiego jak ja?!
- Jak ci na imię? - zapytała dyrektorka.
- Lea Crowood. - odpowiedziałam niepewnie.
kątem oka zauważyłam jak  małżeństwo popatrzyło po sobie z przejęciem i niepewnością. Kobieta zaczęła gorączkowo rozglądać się po pokoju, a mężczyzna (podobnie jaka ja) zaczął bawic sie swoimi palcami.
- pewnie domyślasz sie po co cię tu wezwałam? - zapytała dyrektorka
popatrzyłam na nią niepewnie, nie wiedząc co odpowiedzieć. W głowie mam totalną pustkę. Zaczęłam szybko szukać jakiejś odpowiedzi, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Pokręciłam tylko głową z niewiedzy i z dezaprobaty. 
- Nie wiesz? w takim razie posłuchaj. Ci państwo mogą spełnic twoje marzenie.
- a skąd oni wiedza o czym ja marzę? - zapytałąm bezczelnie patrząc jej prosto w oczy. tym sformułowaniem, wkurwiła mnie do białości. 
- nikt nie ma pojęcia o czym ja marzę! nie ma prawa pani tak mówić! - poczułam jak do moich oczu napływają łzy. Mam racje! Ona nie ma prawa tak mówić! Nie ma prawa nawet myśleć, o czym ja marzę! Ta baba ma wszystko czego ja nie mam, nie mając jednocześnie nic szczególnego. Ona ma swoje życie. Ma normalne życie. Codziennie po pracy wraca do domu, a tam czeka na nią  rodzina, kochające dzieci i mąż, czekający na nią z ciepłym obiadem i opowiadaniami, co dzieci robiły dzisiaj w szkole i w pracy. To dla niej codzienna rutyna, której nie zauważa, a dla mnie to szczyt marzeń. to jest mój życiowy cel. Posiadać taką rutynę. Wracać codziennie po szkole do ciepłego domu, gdzie będzie czekała na mnie rodzina. Prawdziwa rodzina. Moja mama, mój tato i mój brat, których kochałabym nade wszystko, gdybym tylko ich miała. nawet się nie zorientowałam, kiedy po moich policzkach popłynęły łzy, co nie uszło uwadze reszcie. Starłam je szybkim ruchem ręki, nie chcąc okazywać słabości.
- Nie ma pani pojęcia o czym ja marzę - powtórzyłam dożo spokojniej, znów spuszczając głowę.
- czy mogłabyś nam powiedzieć? - usłyszałam głos szatynki
- ale co? - zapytałam lekko zdziwiona
- Czy mogłabyś nam powiedzieć o czym marzysz. - zamurowało mnie to.
Nigdy nikt się tym nie przejmował. Nigdy nikt mnie o to nie pytał. Więc jak mam teraz odpowiedzieć na to pytanie? wydaje mi się jednak, że znam odpowiedź. Doskonale ja znam.
- Moje marzenie? Moim marzeniem jest obudzić się rano we własnym pokoju. Ponarzekać, że nie cierpię szkoły, ale w duchu cieszyć się że znów będę mogła zobaczyć się z przyjaciółmi. Wstałabym i poszłabym do łazienki, jednak nie weszłabym do niej, ponieważ jak co rano mój starszy brat zajmowałby łazienkę. Przeklęłabym pod nosem i krzyknęłabym żeby się  pośpieszył. Potem zeszłabym na dół, razem z nim wrzeszcząc na niego że jest nie do zniesienia, a on śmiałby mi sie prosto w twarz. W koncu zrezygnowana mama powiedziałaby spokojnie, żebyśmy sie w koncu uspokoili. Wykonalibyśmy jej proźbę wiedząc że nie może już z nami wytrzymać. Podałaby nam jak co rano kanapki, a potem zapytałaby się o której kończymi lekcję, pomimo tego, ze na lodówce miałaby rozwieszone nasz plany lekcji. Potem, jak co rano, powiedzielibyśmy ze nie musi po nas przyjeżdżać po szkole. Do kuchni wszedłby wtedy tata, który powiedziałby jej żeby w końcu dała na spokój, bo nie jestesmy juz małymi dziećmi. Potem wyszlibyśmy z domu, żegnając sie z obydwojgiem.   
W szkole miałabym parę kartkówek, może sprawdzian, dostałabym jakąś dobrą ocenę, a na przerwach wygłupiałabym się z przyjaciółmi. Potem wróciłabym do domu, odprowadzona przez najlepszą przyjaciółkę, która byłaby dla mnie jak siostra, której nie mam. W domu mama podałaby mi ciepły obiad, pytając jak było w szkole. Powiedziałabym że dostałam piątkę ze sprawdzianu z matematyki. Potem poszłabym do swojego pokoju, usiadłabym przed komputerem i tak przez godzinę. W końcu do domu wróciłby tata, z którym tylko zdążyłam się przywitać, ponieważ juz wychodziłabym na spotkanie z przyjaciółmi. Byłabym z nimi do wieczora, robiłabym dosłownie wszystko. Kiedy wróciłabym do domu, mama jak zwykle by mnie okrzyczała, że za późno wróciłam i ze na dodatek nie odbierałam telefonu. Stałabym przed nią ze spuszczoną głową. Tato jak zwykle by ją uspokoił, a potem obydwoje by powiedzieli że mnie kochają, ale martwią się o mnie. No i potem poszłabym do swojego pokoju i poszłabym spać z uśmiechem na twarzy. - poczułam jak po moich policzkach spływają łzy. Zamknęłam oczy 
- jeszcze nigdy nikt mi nie powiedział że mnie kocha. Nikt się nigdy o mnie nie martwił, nikt nie sprawdzał czy mam odrobione lekcje. Nikt nigdy się nie przejmował moim losem. Zawsze byłam zdana tylko na siebie, z reszta inne dzieci też - zapomniał że w pokoju ktokolwiek się znajduje - moim jedynym marzeniem jest mieć dom, ludzi którzy by mnie kochali. Wiem że wymagam za dużo. Wiem że nigdy nie będę miała prawdziwego domu. Ale to jest moje marzenie, które nigdy się nie spełni. Ten wypadek przekreślił całą moją przyszłość. Moja szansę na normalne życie. - kiedy wypowiadałam ostatnie słowa mój głos lekko się załamał
W tym momencie zalałam się cała łzami. Ale nie chciałam ich ścierać. Chociaż nie raz obiecywałam sobie że nie będę już więcej płakać. To jest moja odskocznia. Mogę w ten sposób wyrazić swoje uczucia. A teraz czułam się jakbym na zawsze straciła coś, czego nigdy nie miałam i czego nie bedę mieć
w pewnej chwili poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Podskoczyłam jak opażona i spojrzałam na ta osobę. Ujrzałam przejętą dyrektorkę, a po jej policzkach spływały łzy. Popatrzyłam szybko na parę. Obydwoje patrzyli we mnie jak w obrazek, przejęci moim opowiadaniem. Ich spojrzenia wyrażały współczucie i ból. Kobieta płakała podobnie jak ja, a mężczyzna był temu bardzo bliski. Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak żenująca była moja wypowiedź. Zachowałam się jak małe dziecko! Świetnie. Jestem genialna! Nie ma to jak wypaplać wszystkie swoje myśli kompletnie nieznanym mi osobom. Ale teraz to i tak nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Teraz muszę wziąć się w garść.
szybkim ruchem ręki starłam łzy, które, niestety, dalej spływały po moich policzkach. Dyrektorka zdjęła dłoń z mojego ramienia i również otarła łzy. Wyprostowałam się, chcą się jakoś zreflektować.
- przepraszam. Za bardzo się rozgadałam. Pewnie teraz uważacie mnie za jakąś idiotkę, która nie ma co robić, tylko użala się na sobą całymi dniami. - uśmiechnęłam się słabo
szatynka  wstała i podeszła do mnie nie śmiało. Poczułam sie trochę niepewnie. Jednak po chwili kobieta kucnęła tuż przede mną i położyła dłoń na moim kolanie. To było... bardzo dziwne. Ale kiedy popatrzyłam w jej brązowe oczy, jakoś podniosła mnie na duchu. Jednym spojrzeniem sprawiła, że poczułam się bezpieczna.
- nie jestes idiotką. Nigdy tak nie myśl. Wiem że jesteś wspaniałą dziewczyną, pełną życia i energii. Wiesz dlaczego się popłakałam? - zapytała jakby to była rzecz oczywista. Jednak ja pokiwałam tylko głową - ponieważ, z tego co nam powiedziałaś, twoim marzeniem jest normalne życie. Wraz z moim mężem - tutaj wskazała ręką na ów mężczyznę - chcieliśmy zaadoptować dziecko. Widziałam juz wiele dzieci, ale twoja historia i twoje marzenie...  jeszcze nie spotkałam dziecka które pragnęłoby mieć tak mało, a jednocześnie zyskać największy skarb na świecie.  - uśmiechnęła się do mnie pokazując rząd, równych, białych zębów - chcielibyśmy spełnić twoje marzenie. 
Po ostatnich słowach nie mogłam się w ogóle ruszyć. Czułam się jak po jakimś paraliżu!  Jeszcze raz dokładnie przeanalizowałam każde słowo, które wypowiedziała ta kobieta. 
tylko czy to się dzieje na prawdę? poczułam jak tetno jeszcze bardziej mi przyspiesza (o ile jest to jeszcze w ogóle możliwe). W moim sercu rosła coraz większa nadzieja, której juz nie starałam sie powstrzymać. Ponieważ im bardziej rosła w siłę, tym bardziej moje marzenie się urzeczywistniało. A przecież tego pragnę. Chcę byc kochana, miec rodzinę. Więc czemu znów płaczę?!
nie uszo to uwadze kobiety. zgrabnym ruchem ręki starła samotna łzę która spływała po moim policzku. 
- Chcielibyście mnie... za - zaadoptować? - zapytałam drżącym głosem. 
- jeśli tylko się zgodzisz.
moje tętno momentalnie przyspieszyło do dwustu.
Mój cały świat może się zmienić, wystarczy że powiem słowo. Mogę zyskać to o czym marzę najbardziej. Miłość. Mogę mieć rodzinę. 
Na moje usta wskoczył uśmiech, jakiego jeszcze nigdy nie używałam. Uśmiechnęłam się najszerzej jak mogłam. Chyba po raz pierwszy w życiu, jest on szczery. 
nie czekając na nic wiecej rzuciłam sie na szyję szatynce, mocno ja przytulając i wywracając przy okazji. Jednak ani ja ani ona się tym nie przejęła. Jeszcze nigdy nie byłam taka szczęśliwa! 
- dziękuję. Tak bardzo wam dziękuje! 
kobieta zaśmiała się głośno i odwzajemniła mój uścisk. 
to nie do wiary! To niemożliwie! Będę miała dom! Normalne życie! Jeszcze mocniej uścisnęłam mojego anioła, którym aktualnie jest nieznajoma kobieta. 
po chwili oderwałyśmy się od siebie, patrząc to na kobietę, to na mężczyznę. Nie wiem co mam powiedzieć. Ale myslę że moja mina wyraża wszystko. 
- Dziękuje... -  powtórzyłam jeszcze raz na co obydwoje sie usmiechneli, a ja zaraz po nich. Jeszcze nigdy aż tyle sie nie uśmiechałam. To dla mnie zupełna nowość.
mężczyzna wyciągną rękę w moim kierunku która natychmiast chwyciłam.
- nazywam sie Mark Tomlinson, a to moja żona Jay Tomlinson..
uścisnęłam i jego i jej rękę, a potem nie wiedząc co robić, przytuliłam ich jeszcze raz.
- Dziękuje wam...

czeźć!!!!
nie jestem zadowolana z rozdziału :/ jakiś taki mdły. 
strasznie was przepraszam, poniewaz dawno nie dodawałam rozdziału, co jest raczej dziwne. sa wakacje, kupa wolnego czasu a ja dodaje rozdziały raz na tydzień. ale sory bo inaczej po prostu nie dam rady :)
mam nadzieje że kpgos zaciekawia moje wypociny. dziękuję za wszystkie wejści i komentwrze, które sa bardzo mile widziane !!!!!! :)
P.S. jeśli ktos zna jakąś dobrą strone, gdzie można zamówic szablon na bloga, to prosiłabym o zostawienie linka w komentarzu XD
dziennnki i pozdrawiam!!
  

1 komentarz:

  1. Wow... Ten rozdział był... Wzruszający i świetny! :) Otworzyłaś oczy innym, by doceniali to, czego niektórzy mieć nie mogą. Rzecz, która jest rutyną, a dla niektórych- czymś nieosiągalnym. :)Widzę, że rodzice Louisa? Nie mogę się doczekać następnego. :D Powiadom mnie na blogu jeżeli dodasz. :D Życzę dużo weny! :)

    OdpowiedzUsuń