poniedziałek, 22 lipca 2013

sorry!!!

Niestety jestem zmuszona zrobić przerwę przynajmniej do końca lipca, albo jeszcze i na dłużej. :c Wiem, dopiero co zaczęłam bloga, a już robię przerwę XD. ale nie miałam czasu dodać w tym tygodniu rozdziału, a wyjeżdżam na dość długo i nie będę miała jak pisać :/ tak więc na razie robię przerwę, ale wchodźcie czasami, bo może jakoś uda mi się dodać rozdział trzeci :) pozdrawiam i dziękuję za wszystkie wejścia :)
p.s. wszyscy którzy jeszcze nie wiedzą, mamy rekord do pobicia!!! wchodźcie tutaj http://www.youtube.com/watch?v=o_v9MY_FMcw umarłam kiedy zobaczyłam teledysk  *-*XD
pozdrawiam!!!

poniedziałek, 15 lipca 2013

Rozdział 2 - Moim jedynym marzeniem jest miec dom, ludzi którzy by mnie kochali...

obudziłam się gwałtownie, cała zalana potem i łzami. Schowałam twarz w dłoniach. To tylko sen. pamiętaj. To tylko głupi sen. Z wielkim wysiłkiem powstrzymałam kolejną fale łez. Nie mogę już więcej płakać. Za dużo łez wylałam. Musze byc silna.
zamknęłam oczy i z powrotem ułożyłam się wygodnie w łóżku. Już nigdy więcej....
kiedy następnego dnia obudził mnie ten sam głos co wczoraj, wielką siłą woli powstrzymałam się od krzyku. Nie otworzyłam oczu. Zacisnęłam dłonie w pięści, chcąc chodź trochę rozładować emocje. Czy to coś dało? Nic. Rozluźniłam dłonie, czując jak paznokcie wbijają mi się w opuszki. Niechętnie wstałam z łóżka i juz chciałam iść  w kierunku szafy kiedy zatrzymał mnie głos opiekunki, która najwidoczniej jeszcze nie wyszła z pokoju.
- Lea za dwadzieścia minut przyjdź do gabinetu dyrektorki.
odwróciłam się szybko w jej kierunku i popatrzyłam na nią z wielkim zdziwieniem.
- mam przyjśc do gabinetu dyrektorki? po co?! - zapytałam przejeta
- wszystkiego sie dowiesz - opiekunka uśmiechnęła się słabo i wyszła z pomieszczenia.
Zamurowało mnie. Stanęłam jak wryta i patrzylam w miejsce gdzie przed sekudnda stała opiekunka. Wszystkie dziewczyny popatrzyły na mnie ze strachem, zazdrością i zaciekawieniem. Otrząsnęłam się i Popatrzyłam na każdą z nich po kolei, szukając jakiegokolwiek ratunku. Chyba po raz pierwszy spojrzałam im w oczy. Byłam tak zszokowana, ze nic innego nie przychodziło mi do głowy. Kiedy mój wzrok spoczął na tej która wczoraj sie do mnie uśmiechnęła, teraz powtórzyła swój gest. Uśmiechnęła się do mnie zachęcająco, pokazując przy tym rząd białych zębów. Ma na prawdę piękny uśmiech. Odwzajemniłam gest ale nie tak pewnie jak ona.
Nie wiedząc co robić spuściłam głowę i udałam się w kierunku szafy. Nie wiedząc co mnie czeka w gabinecie, ubrałam najlepsze ciuchy jakie miałam.
Z przygotowanymi ubraniami udałam się do łazienki. Zdjęłam z siebie pidżamę i wskoczyłam pod prysznic, wiążąc wcześniej włosy w niedbałego koka. Nawet gdybym chciała nie zdążyłabym ich teraz umyć. Po chwili wyszłam z kabiny i szybko ubrałam się w przygotowany wcześniej zestaw. Podeszłam do umywalki i umyłam zęby. Potem szybko rozczesałam włosy i związałam je w luźnego warkocza na bok. Popatrzyłam do lustra krytycznym wzrokiem. Może być. 
wyszłam z łazienki i popatrzyłam na zegarek. O której dzisiaj przyszła opiekunka? Chyba o siódmej, a jest dziesięć po, więc mam jeszcze trochę czasu. Zaścieliłam łóżko, a potem wyszłam z pokoju i ruszyłam w kierunku gabinetu. Tak na prawdę to nie wiem czego mam sie spodziewać. Szczerze wątpię żeby chodziło o adopcję. Jestem już na to trochę za stara, mam w końcu szesnaście lat! Adoptuje się zazwyczaj małe dzieci, takie do dziesięciu lat. W sumie to nie wiem czym ja się różnię od takiego ośmiolatka, ale tak się przyjęło. 
Jednak gdzieś tam na dnie, w sercu, obudziło się we mnie takie dziwne przeczucie, ze może jednak ktoś postanowił przygarnąć mnie pod swoje skrzydła. Budzi się to we mnie właśnie w takich sytuacjach, kiedy nie wiem czego mam się spodziewać, ale może dać mi to szanse na lepsze życie. To pieprzone uczucie... to nadzieja. Nie cierpię jej. Przyćmiewa oczy wszystkim ludziom, tylko po to, żeby potem przeżyć gorzkie rozczarowanie i zawód. dlatego z całej siły staram sie odeprzeć je od siebie. Ale, niestety, nie za bardzo mi to wychodzi. 
mogą też chcieć przenieść mnie do innego sierocińca. Często tak bywa. Z tego co mi wiadomo, moja tajemnicza współlokatorka o pięknym uśmiechu była juz w czterech, za każdym razem ja przenosili. Możliwe że mnie tez to czeka.
kiedy stanęłam przed wielkimi, brązowymi drzwiami moje tętno wyraźnie przyśpieszyło. Do tego pokoju nie wchodzi się z byle powodów. Odetchnęłam głęboko i nacisnęłam klamkę. 
Jeszcze nigdy nie byłam w tym gabinecie. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to wszechstronność. Ściany są pomalowane w jasnym kolorze, co jeszcze bardziej powiększa pomieszczenie. Za biurkiem siedziała starsza, tęga pani z okularami nisko na nosie. Uśmiechała się do mnie zachęcająco. Niepewnie weszłam do pomieszczenia, zamknęłam za sobą drzwi i spuściłam wzrok podziwiając swoje trampki.
- podejdź bliżej. - powiedziała zachęcającym głosem
Podniosłam głowę i dopiero teraz zobaczyłam dwoje ludzi siedzących przed biurkiem. dość młoda para, nie wysoka szatynka z uroczym uśmiechem i lekko przytyty mężczyzna uśmiechający się do mnie zachęcająco. Podeszłam niepewnie do biurka i mój wzrok znów powędrował na podłogę.
- usiądź proszę - usłyszałam polecenie od dyrektorki, które natychmiast wykonałam nadal podziwiając podłogę, która zdobił czerwony dywan.
Moje serce dalej biło jak szalone, a do gardła podskoczyła mi dziwna gula. zaczęłam bawić się palcami chcąc się jakoś uspokoić. Ale niewiele to dało. Znów zaczęłam się zastanawiać, po co tu przyszłam. Znów poczułam jak w sercu kiełkuje to upierdliwe uczucie. Starałam się je od siebie odsunąć, ale po prostu nie dam rady. Kiedy patrzę na tych ludzi... mam dziwne wrażenie, że oni chcą mi pomóc....
i właśnie tu jest problem. To tylko złudzenie. To jest po prostu niemożliwe. Kto chciałby zaadoptować kogoś takiego jak ja?!
- Jak ci na imię? - zapytała dyrektorka.
- Lea Crowood. - odpowiedziałam niepewnie.
kątem oka zauważyłam jak  małżeństwo popatrzyło po sobie z przejęciem i niepewnością. Kobieta zaczęła gorączkowo rozglądać się po pokoju, a mężczyzna (podobnie jaka ja) zaczął bawic sie swoimi palcami.
- pewnie domyślasz sie po co cię tu wezwałam? - zapytała dyrektorka
popatrzyłam na nią niepewnie, nie wiedząc co odpowiedzieć. W głowie mam totalną pustkę. Zaczęłam szybko szukać jakiejś odpowiedzi, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Pokręciłam tylko głową z niewiedzy i z dezaprobaty. 
- Nie wiesz? w takim razie posłuchaj. Ci państwo mogą spełnic twoje marzenie.
- a skąd oni wiedza o czym ja marzę? - zapytałąm bezczelnie patrząc jej prosto w oczy. tym sformułowaniem, wkurwiła mnie do białości. 
- nikt nie ma pojęcia o czym ja marzę! nie ma prawa pani tak mówić! - poczułam jak do moich oczu napływają łzy. Mam racje! Ona nie ma prawa tak mówić! Nie ma prawa nawet myśleć, o czym ja marzę! Ta baba ma wszystko czego ja nie mam, nie mając jednocześnie nic szczególnego. Ona ma swoje życie. Ma normalne życie. Codziennie po pracy wraca do domu, a tam czeka na nią  rodzina, kochające dzieci i mąż, czekający na nią z ciepłym obiadem i opowiadaniami, co dzieci robiły dzisiaj w szkole i w pracy. To dla niej codzienna rutyna, której nie zauważa, a dla mnie to szczyt marzeń. to jest mój życiowy cel. Posiadać taką rutynę. Wracać codziennie po szkole do ciepłego domu, gdzie będzie czekała na mnie rodzina. Prawdziwa rodzina. Moja mama, mój tato i mój brat, których kochałabym nade wszystko, gdybym tylko ich miała. nawet się nie zorientowałam, kiedy po moich policzkach popłynęły łzy, co nie uszło uwadze reszcie. Starłam je szybkim ruchem ręki, nie chcąc okazywać słabości.
- Nie ma pani pojęcia o czym ja marzę - powtórzyłam dożo spokojniej, znów spuszczając głowę.
- czy mogłabyś nam powiedzieć? - usłyszałam głos szatynki
- ale co? - zapytałam lekko zdziwiona
- Czy mogłabyś nam powiedzieć o czym marzysz. - zamurowało mnie to.
Nigdy nikt się tym nie przejmował. Nigdy nikt mnie o to nie pytał. Więc jak mam teraz odpowiedzieć na to pytanie? wydaje mi się jednak, że znam odpowiedź. Doskonale ja znam.
- Moje marzenie? Moim marzeniem jest obudzić się rano we własnym pokoju. Ponarzekać, że nie cierpię szkoły, ale w duchu cieszyć się że znów będę mogła zobaczyć się z przyjaciółmi. Wstałabym i poszłabym do łazienki, jednak nie weszłabym do niej, ponieważ jak co rano mój starszy brat zajmowałby łazienkę. Przeklęłabym pod nosem i krzyknęłabym żeby się  pośpieszył. Potem zeszłabym na dół, razem z nim wrzeszcząc na niego że jest nie do zniesienia, a on śmiałby mi sie prosto w twarz. W koncu zrezygnowana mama powiedziałaby spokojnie, żebyśmy sie w koncu uspokoili. Wykonalibyśmy jej proźbę wiedząc że nie może już z nami wytrzymać. Podałaby nam jak co rano kanapki, a potem zapytałaby się o której kończymi lekcję, pomimo tego, ze na lodówce miałaby rozwieszone nasz plany lekcji. Potem, jak co rano, powiedzielibyśmy ze nie musi po nas przyjeżdżać po szkole. Do kuchni wszedłby wtedy tata, który powiedziałby jej żeby w końcu dała na spokój, bo nie jestesmy juz małymi dziećmi. Potem wyszlibyśmy z domu, żegnając sie z obydwojgiem.   
W szkole miałabym parę kartkówek, może sprawdzian, dostałabym jakąś dobrą ocenę, a na przerwach wygłupiałabym się z przyjaciółmi. Potem wróciłabym do domu, odprowadzona przez najlepszą przyjaciółkę, która byłaby dla mnie jak siostra, której nie mam. W domu mama podałaby mi ciepły obiad, pytając jak było w szkole. Powiedziałabym że dostałam piątkę ze sprawdzianu z matematyki. Potem poszłabym do swojego pokoju, usiadłabym przed komputerem i tak przez godzinę. W końcu do domu wróciłby tata, z którym tylko zdążyłam się przywitać, ponieważ juz wychodziłabym na spotkanie z przyjaciółmi. Byłabym z nimi do wieczora, robiłabym dosłownie wszystko. Kiedy wróciłabym do domu, mama jak zwykle by mnie okrzyczała, że za późno wróciłam i ze na dodatek nie odbierałam telefonu. Stałabym przed nią ze spuszczoną głową. Tato jak zwykle by ją uspokoił, a potem obydwoje by powiedzieli że mnie kochają, ale martwią się o mnie. No i potem poszłabym do swojego pokoju i poszłabym spać z uśmiechem na twarzy. - poczułam jak po moich policzkach spływają łzy. Zamknęłam oczy 
- jeszcze nigdy nikt mi nie powiedział że mnie kocha. Nikt się nigdy o mnie nie martwił, nikt nie sprawdzał czy mam odrobione lekcje. Nikt nigdy się nie przejmował moim losem. Zawsze byłam zdana tylko na siebie, z reszta inne dzieci też - zapomniał że w pokoju ktokolwiek się znajduje - moim jedynym marzeniem jest mieć dom, ludzi którzy by mnie kochali. Wiem że wymagam za dużo. Wiem że nigdy nie będę miała prawdziwego domu. Ale to jest moje marzenie, które nigdy się nie spełni. Ten wypadek przekreślił całą moją przyszłość. Moja szansę na normalne życie. - kiedy wypowiadałam ostatnie słowa mój głos lekko się załamał
W tym momencie zalałam się cała łzami. Ale nie chciałam ich ścierać. Chociaż nie raz obiecywałam sobie że nie będę już więcej płakać. To jest moja odskocznia. Mogę w ten sposób wyrazić swoje uczucia. A teraz czułam się jakbym na zawsze straciła coś, czego nigdy nie miałam i czego nie bedę mieć
w pewnej chwili poczułam czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Podskoczyłam jak opażona i spojrzałam na ta osobę. Ujrzałam przejętą dyrektorkę, a po jej policzkach spływały łzy. Popatrzyłam szybko na parę. Obydwoje patrzyli we mnie jak w obrazek, przejęci moim opowiadaniem. Ich spojrzenia wyrażały współczucie i ból. Kobieta płakała podobnie jak ja, a mężczyzna był temu bardzo bliski. Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak żenująca była moja wypowiedź. Zachowałam się jak małe dziecko! Świetnie. Jestem genialna! Nie ma to jak wypaplać wszystkie swoje myśli kompletnie nieznanym mi osobom. Ale teraz to i tak nie ma zbyt wielkiego znaczenia. Teraz muszę wziąć się w garść.
szybkim ruchem ręki starłam łzy, które, niestety, dalej spływały po moich policzkach. Dyrektorka zdjęła dłoń z mojego ramienia i również otarła łzy. Wyprostowałam się, chcą się jakoś zreflektować.
- przepraszam. Za bardzo się rozgadałam. Pewnie teraz uważacie mnie za jakąś idiotkę, która nie ma co robić, tylko użala się na sobą całymi dniami. - uśmiechnęłam się słabo
szatynka  wstała i podeszła do mnie nie śmiało. Poczułam sie trochę niepewnie. Jednak po chwili kobieta kucnęła tuż przede mną i położyła dłoń na moim kolanie. To było... bardzo dziwne. Ale kiedy popatrzyłam w jej brązowe oczy, jakoś podniosła mnie na duchu. Jednym spojrzeniem sprawiła, że poczułam się bezpieczna.
- nie jestes idiotką. Nigdy tak nie myśl. Wiem że jesteś wspaniałą dziewczyną, pełną życia i energii. Wiesz dlaczego się popłakałam? - zapytała jakby to była rzecz oczywista. Jednak ja pokiwałam tylko głową - ponieważ, z tego co nam powiedziałaś, twoim marzeniem jest normalne życie. Wraz z moim mężem - tutaj wskazała ręką na ów mężczyznę - chcieliśmy zaadoptować dziecko. Widziałam juz wiele dzieci, ale twoja historia i twoje marzenie...  jeszcze nie spotkałam dziecka które pragnęłoby mieć tak mało, a jednocześnie zyskać największy skarb na świecie.  - uśmiechnęła się do mnie pokazując rząd, równych, białych zębów - chcielibyśmy spełnić twoje marzenie. 
Po ostatnich słowach nie mogłam się w ogóle ruszyć. Czułam się jak po jakimś paraliżu!  Jeszcze raz dokładnie przeanalizowałam każde słowo, które wypowiedziała ta kobieta. 
tylko czy to się dzieje na prawdę? poczułam jak tetno jeszcze bardziej mi przyspiesza (o ile jest to jeszcze w ogóle możliwe). W moim sercu rosła coraz większa nadzieja, której juz nie starałam sie powstrzymać. Ponieważ im bardziej rosła w siłę, tym bardziej moje marzenie się urzeczywistniało. A przecież tego pragnę. Chcę byc kochana, miec rodzinę. Więc czemu znów płaczę?!
nie uszo to uwadze kobiety. zgrabnym ruchem ręki starła samotna łzę która spływała po moim policzku. 
- Chcielibyście mnie... za - zaadoptować? - zapytałam drżącym głosem. 
- jeśli tylko się zgodzisz.
moje tętno momentalnie przyspieszyło do dwustu.
Mój cały świat może się zmienić, wystarczy że powiem słowo. Mogę zyskać to o czym marzę najbardziej. Miłość. Mogę mieć rodzinę. 
Na moje usta wskoczył uśmiech, jakiego jeszcze nigdy nie używałam. Uśmiechnęłam się najszerzej jak mogłam. Chyba po raz pierwszy w życiu, jest on szczery. 
nie czekając na nic wiecej rzuciłam sie na szyję szatynce, mocno ja przytulając i wywracając przy okazji. Jednak ani ja ani ona się tym nie przejęła. Jeszcze nigdy nie byłam taka szczęśliwa! 
- dziękuję. Tak bardzo wam dziękuje! 
kobieta zaśmiała się głośno i odwzajemniła mój uścisk. 
to nie do wiary! To niemożliwie! Będę miała dom! Normalne życie! Jeszcze mocniej uścisnęłam mojego anioła, którym aktualnie jest nieznajoma kobieta. 
po chwili oderwałyśmy się od siebie, patrząc to na kobietę, to na mężczyznę. Nie wiem co mam powiedzieć. Ale myslę że moja mina wyraża wszystko. 
- Dziękuje... -  powtórzyłam jeszcze raz na co obydwoje sie usmiechneli, a ja zaraz po nich. Jeszcze nigdy aż tyle sie nie uśmiechałam. To dla mnie zupełna nowość.
mężczyzna wyciągną rękę w moim kierunku która natychmiast chwyciłam.
- nazywam sie Mark Tomlinson, a to moja żona Jay Tomlinson..
uścisnęłam i jego i jej rękę, a potem nie wiedząc co robić, przytuliłam ich jeszcze raz.
- Dziękuje wam...

czeźć!!!!
nie jestem zadowolana z rozdziału :/ jakiś taki mdły. 
strasznie was przepraszam, poniewaz dawno nie dodawałam rozdziału, co jest raczej dziwne. sa wakacje, kupa wolnego czasu a ja dodaje rozdziały raz na tydzień. ale sory bo inaczej po prostu nie dam rady :)
mam nadzieje że kpgos zaciekawia moje wypociny. dziękuję za wszystkie wejści i komentwrze, które sa bardzo mile widziane !!!!!! :)
P.S. jeśli ktos zna jakąś dobrą strone, gdzie można zamówic szablon na bloga, to prosiłabym o zostawienie linka w komentarzu XD
dziennnki i pozdrawiam!!
  

sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 1 - od trzynastu lat dzień w dzień to samo...

13 lat później...

- wstawać, za chwile śniadanie!! - obudził mnie ten sam co od trzynastu lat, dobijający krzyk. niechętnie podniosłam się z łóżka patrząc na zegarek znajdujący się na ścianie na przeciwko mojego niewygodnego łóżka. dochodzi siódma. powoli usiadłam przecierając oczy. nie mogę już dłużej znieść tej rutyny. od trzynastu lat dzień w dzień to samo... jednak za każdym razem kiedy mówię sobie że z tym skończę, siedzę i czekam aż wydarzy się jakiś cud, którego najprawdopodobniej nigdy się nie doczekam. i co dzień znów to samo...
zrezygnowana wstałam z łóżka i podeszłam do szafy wybierając z niej jakieś przypadkowe ciuchy. nie mam zbyt wielkiego wyboru i tutaj raczej nikt się nie przejmuje tym, jak kto jest ubrany, wiec nie zastanawiam się zbytnio nad tym. poszłam szybkim krokiem do łazienki, żebym nie musiała czekać na swoją kolej. dziele łazienkę z trzema innymi dziewczynami i na prawdę nie mam zamiaru czekać, aż one się się z niej wygrzebią. kiedy weszłam do pomieszczenia pierwsze co zrobiłam to umyłam twarz zimną wodą, żeby całkowicie się rozbudzić. potem umyłam szybko zęby i rozczesałam włosy, po czym splotłam je w luźnego warkocza. kiedy moja twarz wyglądała w miarę przyzwoicie przebrałam się szybko w świeże ubranie. kiedy byłam gotowa do wyjścia, opuściłam łazienkę wymijając przy tym inna dziewczynę która weszła do niej po mnie. wrzuciłam piżamę do szuflady i wyszłam z naszego pokoju, kierując się na jadalnię. po drodze ( jak co dzień ) myślałam co by się stało gdyba cała moja rodzina nie zginęła w tym cholernym wypadku. miałabym pewnie duży dom, kochających rodziców, własny pokój, w ciul przyjaciół, wkurzającego brata i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy, których nie mam tutaj. byłabym szczęśliwa nastolatką spełniającą swoje marzenia. marzenia których tutaj nigdy nie będę mogła zrealizować. nigdy nie będę miała bliskiej osoby, która wspierałaby mnie w trudnych chwilach. tutaj, każdy jest odpowiedzialny tylko za siebie, nie ma większych przyjaźni, i w ogóle rzadko kiedy ktoś sie do kogoś odezwie. nawet nie wiem jak nazywają się dziewczyny z mojego pokoju. nigdy mnie to nie interesowało, ich pewnie tez nie. bo po co? żeby pożalić się jakimi to jesteśmy wyrzutkami losu? dlaczego to akurat nas spotkało? bo najwidoczniej wszystkie dzieci z tego budynku mają takie samo zasrane szczęście jak ja. i na prawdę współczuję im, bo wiem co oni przezywają. szczególnie ci najmłodsi. nie maja się do kogo przytulic w nocy, nie maja nikogo. przecież to są tylko dzieci, które nie wyrządziły nikomu żadnej krzywdy, a muszą cierpieć za cudze grzechy. w historii tego sierocińca najwyżej dwadzieścioro dzieci znalazło dom. reszta wracało do nas po tygodniu. tez tak kiedyś miała. kiedy miałam osiem lat. zaadoptowało mnie jakieś bezdzietne małżeństwo. robiłam wszystko co mogłam żeby tylko mnie nie oddali. byłam grzeczna, miła, pomocna i wydawało mi sie że mnie nawet polubili. tylko co z tego? po półtora tygodni wróciłam tu z powrotem, zamykając sie w sobie coraz bardziej.  wtedy przekonałam się jakimi zasrańcami sa ludzie. oni wszyscy nie wiedzą co to znaczy samotnośc, ból czy rozpacz. nie potrafią kochać. zwykła osoba z zewnatrz nie wytrzymała by tu nawet dwóch dni. i w cale by sie  mu nie dziwiła. sama nie wiem jak wytrzymałam tutaj tyle czasu.
jednak po tylu latach spędzonych w tej norze, (która jestem zmuszona nazywac domem)  idzie się przyzwyczaić, jesli mozna to tak ująć. kazdy dzień wygląda tak samo. pobudka rano, snidanie, lekcje, potem czas wolny i wracamy do łózka. co drugi dzień ten sam posiłek, tak samo spędzone popołudnia. ta rutyna doprowadza do szału! lecz juz nie płaczę po nocach, pytając sie dlaczego mnie to spotkało, bo to nie ma sensu. po co wołać o pomoc, skoro i tak nikt nie usłyszy? po co błagac o litość, skoro ludzie nie potrafią postawić się w naszej sytuacji? nikt nie wie jak my wszyscy sie czujemy. nikt nie wie co przeżywamy i co najważniejsze i najgorsze nikogo nie interesuje los dzieci z sierocińca. więc już nie płaczę. nie płaczę, bo to i tak nic nie da.
moje przemyslenia przerwał gwar panujący na jadalni. rozejzałąm się dookoła. dzieci stojące w kolejce po śniadanie, inne juz je jedzą ze smutnymi i zrezygnowanymi minami. czyli normalny poranek. podeszłam szybko do kolejki. popatrzyłam na inne dzieci, które już odchodziły z ,,pełną'' tacą. czyli dzisiaj znów jajecznica. to samo było wczoraj i przedwczoraj. nie ma co narzekać... mogła być owsianka. 
nawet się nie zorientowałam kiedy nadeszła moja kolej. kucharka nałożyła mi bez słowa jedną niezbyt duzą porcję żółtej, klejącej się substancji, która ma przypominac jajecznicę. wypowiedziałam ciche ,,dziękuję'' i skierowałam się w kierunku podłużnego stołu, który ciągnie się przez całą dłógośc pomieszczenia. kiedy usiadłam na starej ławce, pierwsze co zrobiłam, było nalanie herbaty do kubka który stał na srodku stołu. wypiłam duszkiem całą szklankę i nalałam sobie jeszcze jedną porcję ciepłego napoju. zaczęłam szybko jeść niezbyt smaczne śniadanie, chcąc jak najszybciej opuscić to ponure miejsce. jajecznica była gumowata i w ogóle nie czuć w niej jajek, ale przynajmniej w pewnym stopniu zaspokoiła mój głód.
po zakończeniu jedzenia, wypiłam jeszcze jedną szklankę herbaty. to jedyna rzecz która mi tutaj smakuje. wstałam od stołu i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku wyjścia, a moją głowę znowu przepełniły ponure rozmyślania. spuściłam głowę podziwiając swoje niezbyt ładne, ale bardzo wygodne trampki. ta... fajnie by było mieć jakieś ładne wyjściowe buty. chciałabym miec takie czerwone na wysokim obcasie i do tego takiego samego koloru sukienkę. taką z dużym dekoltem.
o czym ja w ogóle myslę? zamiast zastanawiać się, z czego w przyszłości będę żyła, ja rozmyślam nad takimi pierdołami. pokręciłam bezradnie głową. chyba po woli zaczynam wariować. w ogóle skąd takie pomysły?
moze to dlatego że kiedy widze te wszystkie celebrytki na rozdaniach nagród, premier filmów, czy jeszcze jakiejś innej okazji, w telewizji, tak pieknie ubrane, to jestem po prostu zazdrosna. dlaczego? bo mają duzo kasy, bo moga robic co im sie żywnie podoba i nikt im nie dyktuje co mają robić. sa wolne. a ja? ponownie pokręciłam głową. bede tu siedziec dopuki nie skończę osiemnastego roku życia. potem mnie wyrzucą na ulicę. jak dobrze pójdzie to znajde sobie pracę w jakimś burdelu, wynajmę sobie małe mieszkanko i jakoś będę się utrzymywać. może znajdę gdzieś pracę jako kelnerka? w końcu nie jestem taka brzydka. ale to są chyba zbyt ambitne plany jak na moja osobę. najwyzej sprzątaczka w toaletach miejskich. 
poczułam że z czyms się zderzyłam. cofnęłam sie o krok do tyłu żeby sprawdzić co, albo moze kto, przerwał rozmyślania o moich niezbyt kolorowych planach na przyszłość. 
zobaczyłam przystojnego szatyna o niebieskoszarych oczach, z dość... dziwnymi tatuażami na prawej ręce. 
- przepraszam... zamyśliłem się - powiedział posyłając mi przy okazji przepraszający uśmiech i pokazując rząd swoich białych zębów.
- ja przeprasza... zazwyczaj bardziej uważam. - również odpowiedziałam uśmiechem, ale nie tak szczerym jak jego, za co skarciłam się w duchu. ten chłopak wydał mi się być całkiem miły, ale nie czekając na nic ruszyłam w swoim kierunku. 
po chwili znalazłam sie juz w swoim pokoju. wzięłam szybko książki i po chwili byłam juz w drodze do sali lekcyjnej. dzisiaj zajęcia mam do drugiej godziny. są skrócone ponieważ dzisiaj nie ma pana od matematyki. genialnie. wiecej czasu wolnego, czyli więcej czasu na nic nie robienie. na prawdę wolałabym miec dwie godziny więcej lekcji, niz zastanawiać się bez sensu nad swoim życiem. to dobijające.
weszłam w korytarz, gdzie znajduja sie sale lekcyjne. czternaście, piętnaście, szesnaście... i w końcu weszłam do sali numer osiemnaście. w klasie było niewiele uczniów, ze względu na dość wczesną godzinę. jest dopiero dwadzieścia po siódmej. jednak jako że ja nie mam rano za bardzo nic do roboty, przychodzę co dziennie mniej więcej o tej godzinie. usiadłam w ostatniej ławce i wyciągnełam podręcznik z fizyki, powtarzając sobie ostatnią lekcję...

2.00 p.m. po południu...

lekcje minęły mi dzisiaj nadzwyczaj szybko. nawet sie nie zorientowałam kiedy zaczynała się ostatnia lekcja. teraz siedzę u siebie w pokoju, leżąc na łóżku i słuchając jakiś przebojów lat osiemdziesiątych, lecących w starym radiu, które stoi na komodzie koło okna. w pomieszczeniu oprócz mnie nie ma nikogo, co mnie cieszy.  
po dwudziestu minutach bezsensownego lezenia wstałam z łóżka i podeszłam do mojego małego biurka. usiadłam na krześle i wyciągnęłam z szuflady mały notes i ołówek. po chwili namyślenia zaczęłam rysować. przed oczami stanął mi obraz wielkiego, pięknego domu z ogródkiem i tarasem. przed frontowymi drzwiami siedział wielki pies, wygrzewając się na słońcu. piękna wizja. przynajmniej jak dla mnie. zaczęłam szybko szkicować, chcąc jak najszybciej ujrzec obraz moich marzeń.
po mniej więcej pół godzinie, oderwałam sie od małej kartki podziwiając swoje dzieło. nie źle wyszło. ale jeszcze trochę musze popracować nad techniką.
to chyba jedyna rzecz, jaką mam tu do roboty. rysowanie. przeglądnęłam inne kartki, na których znajdują się moje malowidła. na niektórych były ptaki, na innych drzewa, czasami jakiś zwykły mebel z mojego pokoju. malowanie pozwala mi się wyłączyć i zapomnieć o wszystkim. o wszystkich moich problemach o całym moim bezsensownym życiu... przynajmniej na chwilę...
westchnęłam kiedy zobaczyłam jeden rysunek, który lubię najbardziej. znajduje sie na nim mój brat. a przynajmniej tak mi sie wydaje. pewnej nocy przyśnił mi się ten wypadek. chyba. ja siedziałam na tylnym siedzeniu w foteliku, po mojej prawej mój brat, Felix, a z przodu mama i tata. nie widział ich twarzy. nie wiem tez, skąd wiem że mój brat sie tak nazywał. pamiętam, że w tym śnie mama zawołała go tym imieniem. czyli że pewnie tak sie nazywał. nigdy nie odważyłam sie nikogo spytać jak nazywali się moi bliscy.  za bardzo sie bałam. dalej sie boję i nie chce tego wiedzieć. boję się że wtedy będę jeszcze bardziej za nimi tęsknic. to trochę dziwne no nie? jak można tęsknic za osobami których się nawet nie pamięta? jednak za każdym razem kiedy o nich myslę, tęsknie. tęsknie za zyciem, które mogłaby mieć, za osobami które by mnie kochały i które byłyby całym moim światem. za osobami które by wspierały w trudnych chwilach, karciły, kiedy popełniłabym jakieś głupstwo. tak bardzo mi tego brakuje, chociaż nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam. brakuje mi normalnego życia.
spojrzałam jeszcze raz na kawałek papieru. jeśli to był mój brat, to był do mnie bardzo podobny. miał prawie takie same rysy twarzy co ja, z tym że on bardziej męskie. na tym rysunku uśmiecha sie do mnie. tak go zapamiętałam z mojego snu. wesołego. pełnego życia, które za niedługo miał stracić. poczułam jak do moich oczu napływają łzy. dlaczego akurat ich to spotkało? dlaczego oni zginęli, a ja nie? to takie niesprawiedliwe. ja też powinnam być martwa. jednak.. najwidoczniej los chciał, żebym cierpiała. czasami, zastanawiałam się czy nie byłoby dla wszystkich lepiej gdybym dołączyła do mojego brata, mamy i taty. może w końcu byłabym szczęśliwa. wśród ludzi którzy by mnie kochali. na których by mi zależało, a im zależałoby na mnie. tylko wtedy odzywa się do mnie taki, cichutki, ledwo słyszalny głosik. skoro nie zginęłam, to znaczy, że po cos tu jestem. ciągle czekam na ten moment kiedy się dowiem po co. jednak z każdym kolejnym dniem, tracę cierpliwość. codziennie pytam sie Boga, po co trzyma mnie na tym świecie. ale jeszcze nigdy nie usłyszałam odpowiedzi na dręczące mnie pytania. zastanawiam się, czy kiedykolwiek ją usłyszę. to wszystko jest takie... trudne.
popatrzyłam na zegarek wiszący na ścianie. juz w pół do do piątej. mój wzrok ponownie powędrował na notes. na mojego zmarłego brata. czasami kiedy patrze na jego uśmiechniętą twarz, mam wrażenie że chce dodać mi tym otuchy. całkiem wariuję. jak rysunek może dodać mi otuchy? ale tak jest. mam wrażenie że on jest moim aniołem stróżem, który pomaga mi w każdej sytuacji. że mówi mi swoim ciepłym głosem ,, nie łam się. jeszcze będzie dobrze, zobaczysz! nie poddawaj się. nie możesz sie poddać. nie po to tyle wycierpiałaś. ''    
nagle usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju. zanim odwróciłam się sprawdzić kto zakłóca mój spokój, szybko schowałam notes do szuflady. potem szybko odwróciłam głowę i obrzuciłam ów osobę chodnym spojrzeniem. jak sie okazało, jest to dziewczyna z mojego pokoju. wysoka szatynka, z długimi włosami o słodkich rysach twarzy. u nas jest od niedawna. mieszka z nami od około miesiąca. zreflektowałam sie kiedy słabo i nieśmiało sie do mnie uśmiechnęła. odpowiedziałam tym samym. spuściła wzrok i usiadła na swoim łóżku podciągając kolana pod brodę. jej smutne oczy wpatrywały sie w jakiś nieistniejący punkt. już przyzwyczaiłam sie do takich sytuacji. często sama tak robie. 
westchnęłam i spojrzałam za okno. jak na Londyn przystało, padał deszcz. od tygodnia nie świeciło słońce. ale w końcu to Anglia. tutaj rzadko kiedy świeci słońce. 
reszta popołudnia minęła mi całkiem mozolnie. siedziałam przy biurku rysując coś i odrabiając zadania.
o godzinie siódmej poszłam na kolację. nie była ona zbyt smaczna, ale przynajmniej mogłam sie napić mojego ulubionego, gorącego napoju. po kolacji, kiedy wróciłam do pokoju, od razu powędrowałam do łazienki. umyłam sie i przebrałam w piżamę którą wcześniej wyjęłam z szafy. dochodziła ósma. postanowiłam sobie jeszcze chwile porysować. kiedy usiadłam przed biurkiem już z ołówkiem w ręce, zastanowiłam sie chwilę, zamykając przy tym oczy. potem ni z tąd, ni z ową t przed oczami stanęło mi drzewo. wielkie, okazałe. stoi na środku łąki a dookoła niej rozciąga się las. na niebie wiszą czarne chmury, zapowiadające burzę. silny wiatr ugina las dookoła, a ów drzewo stoi, ledwo poruszone wiatrem. jest bardzo mocne. potrzeba naprawdę potężnej wichury, żeby się ugięło. otworzyłam oczy szybko zaczęłam przelewać myśli na papier. najpierw szkic. drzewo, potem łąka i las. spojrzałam okiem na całość. spojrzałam na ów szkic. nie jest źle. tylko tutaj troszeczkę się poprawi... tutaj troszeczkę wymarzę... okay mamy szkic. teraz tylko cała reszta. 
minuty mijały szybko podczas tak żmudnej i pracochłonnej pracy. w pewnej chwili spojrzałam kątem oka na zegarek. w pół do dziesiątej. muszę się pospieszyć, zaraz cisza nocna. popatrzyłam na inne dziewczyny. wszystkie już smacznie śpią w łóżkach. tylko ja siedzę przy małej lampce, wylewając, na swój, sposób siódme poty. westchnęłam i wróciłam do pracy. powoli kończę swoje dzieło, jeszcze tylko trzeba troszkę poprawić...
po dziesięciu minutach oderwałam się od małej kartki. spojrzałam krytycznym okiem na swoje dzieło. nie jest źle. ale mogło mi wyjść lepiej. no nic. odłożyłam notes i ołówek do szuflady, po czym zgasiłam lampkę. doszłam po omacku do łóżka i szybko wskoczyłam pod kołdrę.
no. kolejny dzień za mną. o od jutra znów to samo. i to samo jeszcze przez dwa lata, a potem? potem trzeba będzie radzić sobie samemu. zamknęłam oczy. przed oczami znów stanęła twarz mojego brata. proszę, pomóż mi. pomóż mi wytrwać przez te dwa lata.....

biegłam... biegłam ile sił w nogach, byle jak najdalej od tego miejsca. od miejsce, gdzie do tej pory żyłam i żyłabym nadal, gdyby nie ten szalony czyn, który być może zmieni całe moje życie. silny wiatr targał moje włosy i utrudniał ucieczkę. ale to mnie nie zniechęciło. tyle czasu spędziłam w tym sierocińcu.
podniosłam na chwile wzrok, żeby zobaczyc gdzie mniej więcej sie znajduję. przede mną jest park. bez chwili zastanowienia pobiegłam w jego stronę. może tutaj uda mi się ukryć, przynajmniej do jutrzejszego dnia. 
kiedy przeszłam przez bramę, zaczęłąm rozglądać sie za jakąś dobrą kryjówką. nie biegłam już, ale szłam szybkim krokiem. przyspieszyłam jeszcze bardziej, kiedy zobaczyłam jakiegoś dziwnego typka w kapturze, siedzącego na ławce. wyminęłam go nie oglądając się za siebie. po chwili usłyszałam za sobą kroki. nie mogąc sie powstrzymać, odwróciłam głowę, żeby sprawdzić, kto za mną idzie. i niestety, ale moje przypuszczenia sie sprawdziły. ten koleś, który przed chwilą siedział na ławce, zbliżał sie do mnie szybkim krokiem. odwróciłam szybko głowę i jeszcze bardziej przyspieszyłam kroku, jezeli w ogóle bylo to możliwe. po chwili niepewności zaczęłam biec, nie patrząc gdzie mogłabym się schować, tylko jak najszybciej uciec z parku. 
- zaczekaj chwilę! - usłyszałam za sobą męski głos, w którym było wyraźnie słychać kpinę, co sprawiło, że jeszcze bardziej przyspieszyłam, czyli że w sumie to biegłam. 
jednak to na nic. po chwili poczułam jak ktoś (najprawdopodobniej
ów mężczyzna) łapie mnie gwałtownie w pasie, przez co przez chwile nie mogłam oddychać. po krótkiej chwili odwrócił mnie przodem do siebie i kopnał mnie z kolana w brzuch. poczułam przeszywający bój w okolicach żołądka. zgięłam sie w pół i upadłam na ziemię, nie mogąc wytrzymać bólu. do moich oczu zaczęły napływać łzy. po co ja uciekałam z tego zasranego sierocińca? jednak nie miałam za duzo czasy na rozmyślanie, ponieważ mężczyzna obrócił mnie w swoją stronę i kopnął mocno w bok. jęknęłam z bólu. podwinęłam kolana do góry, chcąc trochę złagodzić bol, jednak to nic nie dało. kiedy instynktownie chciałam sie przewrócić na bok, który nie jest poszkodowany, mężczyzna kopną mnie takze w ten, prezez co musiałam leżec do niego przodem. zamknęłam ocze, a łzy bólu popłynęły z moich oczu. jednak to nie zniechęciło napastnika. usiadł mi na brzuchy, powodując przy tym ponowna fale bólu. w cale nie jest taki lekki. otworzyłam oczy i ujrzałam jego. takie dziwnie puste. smutne. ale z pożądaniem i kompletnym brakiem litości. zaczełam cicho łkać, na samą myśl o tym co zaraz sie wydarzy. jednak mężczyzna uciszyl mnie skutecznie mocnym uderzeniem w policzek. potem uderzył mnie w żebra, żeby miec stuprocentową pewność, że sie juz nie odezwę. strasznie się boję. wszystko mnie boli, nie mam siły się szarpać. napastnik uderzył mnie jeszcze pare razy w różne części ciała, łamiąc przy okazji moje, niektóre, bardzo słabe kości. z oczu poleciała mi kolejna fala łez. ale tym razem juz nie tylko bólu. również smutku i strachu. zawsze muszę postawić na swoim i jeszcze nigdy nie wyszło mi to na korzyść. tym razem szczególnie. co się działo później... niewiele pamiętam, nie wiem nawet czy jestem do końca przytomna. czuje tylko ból.... ciemność.. i jeszcze raz ból.


siema!! pojawił się pierwszy rozdział! mam nadzieje że kogoś zaciekawi. ;3
w następnym zacznie się juz coś dziać, w tym chciałam tylko przedstawić główną bohaterkę i opisac jej dotychczasowe życie.
 nie będę przymulać, dzięki za wszytkie wejścia!
 P.S. komentarze bardzo motywują i dodają duuuużo weny! XD

niedziela, 30 czerwca 2013

Prolog

,, Pijany kierowca tiru zderzył sie z samochodem osobowym. w wypadku przezyła tylko jedna osoba..."
,,W piątek w zachodniej cześci Londynu, samochód osobowy zderzył się z tirem. do wypadku doszło wieczorem. kierowca tiru mial we krwi trzy i pół promila alkoholu. kierowca zginłą na miejscu. w samochodzie osobowym jechała rodzina czteroosobowa. meżczyzna wraz z zona zginełi na miejscu, najstarszy syn małżeństwa po pieciu godzinach walki o zycie zmarł w szpitalu. miał dziesięć lat. przeżyła tylko najmłodsza córka małżenstwa, która obecnie znajduje sie w szpitalu na odserwacji z lekkimi potłuczeniami. trzyletnia dziewczynka nie ma nikogo bliskiego z rodziny zostanie więc oddana do domu dziecka."

szpital

po trzech dniach obserwacji mała, niczego nieświadoma dziewczynka została przewieziona do jednego z najgorszych domów dziecka w całym Londynie. nie ma nikogo. nikogo kto mógłby ja przygarnąć. została sama. jej dziadkowie zmarli kiedy jeszcze nawet nie było jej na swiecie. nie ma zadnych wujów, rzadnego kuzynostwa... nie ma nikogo kto by ja kochał. od dzisiejszego dnia jest zdana tylko i wyłącznie na siebie. ta dziewczynka nie bedzie miała łatwego życia, nie po tym wszystkim co nieświadomie straciła w tak młodym wieku... straciła szanse na normalne, szczęśliwe życie... 

13 lat później...

***
 siemka! mam nadzieję że prolog sie spodoba. proszę o komentarze, bo nie wiem co mam o tym mysleć XD

Bohaterowie



Lea Crowood - 16 lat

,,Nie ma na świecie prawdziwej przyjaźni, ani miłości.
 Każdy się o tym przekona..."





 Zayn Malik - 20 lat

,, Nie mam planów na przyszłość, żyję chwilą,
nigdy nie wiedząc co się wydarzy jutro''






Louis Tomlinson - 21 lat

,, Nic nie trwa wiecznie, lecz te najpiekniejsze chwile
pozostaną z nami na zawsze, w naszych sercach..."






Niall Horan - 19 lat

,, Nie ma sytuacji bez wyjścia, trzeba tylko naprawdę
mocno chcieć je znaleźć..."



 
Liam Payne - 19 lat

,,Nigdy nie oceniaj ludzi po wyglądzie, bo nigdy nie wiesz
kto może stać się twoim przyjacielem..."



 

Harry Styles - 19 lat

,, Życie nie jest takie złe jak się wydaje, wszędzie można
znaleźć pozytywy..."


 



Sarah McKing - 17 lat

,, Za pieniądze mozesz kupic wszystko, ale nigdy nie kupisz
 przyjaźni, i miłości..."


jeśli w opowiadaniu wystapia nowi bohaterzy, to nalezy ich szukac właśnie tutaj. :)