sobota, 6 lipca 2013

Rozdział 1 - od trzynastu lat dzień w dzień to samo...

13 lat później...

- wstawać, za chwile śniadanie!! - obudził mnie ten sam co od trzynastu lat, dobijający krzyk. niechętnie podniosłam się z łóżka patrząc na zegarek znajdujący się na ścianie na przeciwko mojego niewygodnego łóżka. dochodzi siódma. powoli usiadłam przecierając oczy. nie mogę już dłużej znieść tej rutyny. od trzynastu lat dzień w dzień to samo... jednak za każdym razem kiedy mówię sobie że z tym skończę, siedzę i czekam aż wydarzy się jakiś cud, którego najprawdopodobniej nigdy się nie doczekam. i co dzień znów to samo...
zrezygnowana wstałam z łóżka i podeszłam do szafy wybierając z niej jakieś przypadkowe ciuchy. nie mam zbyt wielkiego wyboru i tutaj raczej nikt się nie przejmuje tym, jak kto jest ubrany, wiec nie zastanawiam się zbytnio nad tym. poszłam szybkim krokiem do łazienki, żebym nie musiała czekać na swoją kolej. dziele łazienkę z trzema innymi dziewczynami i na prawdę nie mam zamiaru czekać, aż one się się z niej wygrzebią. kiedy weszłam do pomieszczenia pierwsze co zrobiłam to umyłam twarz zimną wodą, żeby całkowicie się rozbudzić. potem umyłam szybko zęby i rozczesałam włosy, po czym splotłam je w luźnego warkocza. kiedy moja twarz wyglądała w miarę przyzwoicie przebrałam się szybko w świeże ubranie. kiedy byłam gotowa do wyjścia, opuściłam łazienkę wymijając przy tym inna dziewczynę która weszła do niej po mnie. wrzuciłam piżamę do szuflady i wyszłam z naszego pokoju, kierując się na jadalnię. po drodze ( jak co dzień ) myślałam co by się stało gdyba cała moja rodzina nie zginęła w tym cholernym wypadku. miałabym pewnie duży dom, kochających rodziców, własny pokój, w ciul przyjaciół, wkurzającego brata i pewnie jeszcze wiele innych rzeczy, których nie mam tutaj. byłabym szczęśliwa nastolatką spełniającą swoje marzenia. marzenia których tutaj nigdy nie będę mogła zrealizować. nigdy nie będę miała bliskiej osoby, która wspierałaby mnie w trudnych chwilach. tutaj, każdy jest odpowiedzialny tylko za siebie, nie ma większych przyjaźni, i w ogóle rzadko kiedy ktoś sie do kogoś odezwie. nawet nie wiem jak nazywają się dziewczyny z mojego pokoju. nigdy mnie to nie interesowało, ich pewnie tez nie. bo po co? żeby pożalić się jakimi to jesteśmy wyrzutkami losu? dlaczego to akurat nas spotkało? bo najwidoczniej wszystkie dzieci z tego budynku mają takie samo zasrane szczęście jak ja. i na prawdę współczuję im, bo wiem co oni przezywają. szczególnie ci najmłodsi. nie maja się do kogo przytulic w nocy, nie maja nikogo. przecież to są tylko dzieci, które nie wyrządziły nikomu żadnej krzywdy, a muszą cierpieć za cudze grzechy. w historii tego sierocińca najwyżej dwadzieścioro dzieci znalazło dom. reszta wracało do nas po tygodniu. tez tak kiedyś miała. kiedy miałam osiem lat. zaadoptowało mnie jakieś bezdzietne małżeństwo. robiłam wszystko co mogłam żeby tylko mnie nie oddali. byłam grzeczna, miła, pomocna i wydawało mi sie że mnie nawet polubili. tylko co z tego? po półtora tygodni wróciłam tu z powrotem, zamykając sie w sobie coraz bardziej.  wtedy przekonałam się jakimi zasrańcami sa ludzie. oni wszyscy nie wiedzą co to znaczy samotnośc, ból czy rozpacz. nie potrafią kochać. zwykła osoba z zewnatrz nie wytrzymała by tu nawet dwóch dni. i w cale by sie  mu nie dziwiła. sama nie wiem jak wytrzymałam tutaj tyle czasu.
jednak po tylu latach spędzonych w tej norze, (która jestem zmuszona nazywac domem)  idzie się przyzwyczaić, jesli mozna to tak ująć. kazdy dzień wygląda tak samo. pobudka rano, snidanie, lekcje, potem czas wolny i wracamy do łózka. co drugi dzień ten sam posiłek, tak samo spędzone popołudnia. ta rutyna doprowadza do szału! lecz juz nie płaczę po nocach, pytając sie dlaczego mnie to spotkało, bo to nie ma sensu. po co wołać o pomoc, skoro i tak nikt nie usłyszy? po co błagac o litość, skoro ludzie nie potrafią postawić się w naszej sytuacji? nikt nie wie jak my wszyscy sie czujemy. nikt nie wie co przeżywamy i co najważniejsze i najgorsze nikogo nie interesuje los dzieci z sierocińca. więc już nie płaczę. nie płaczę, bo to i tak nic nie da.
moje przemyslenia przerwał gwar panujący na jadalni. rozejzałąm się dookoła. dzieci stojące w kolejce po śniadanie, inne juz je jedzą ze smutnymi i zrezygnowanymi minami. czyli normalny poranek. podeszłam szybko do kolejki. popatrzyłam na inne dzieci, które już odchodziły z ,,pełną'' tacą. czyli dzisiaj znów jajecznica. to samo było wczoraj i przedwczoraj. nie ma co narzekać... mogła być owsianka. 
nawet się nie zorientowałam kiedy nadeszła moja kolej. kucharka nałożyła mi bez słowa jedną niezbyt duzą porcję żółtej, klejącej się substancji, która ma przypominac jajecznicę. wypowiedziałam ciche ,,dziękuję'' i skierowałam się w kierunku podłużnego stołu, który ciągnie się przez całą dłógośc pomieszczenia. kiedy usiadłam na starej ławce, pierwsze co zrobiłam, było nalanie herbaty do kubka który stał na srodku stołu. wypiłam duszkiem całą szklankę i nalałam sobie jeszcze jedną porcję ciepłego napoju. zaczęłam szybko jeść niezbyt smaczne śniadanie, chcąc jak najszybciej opuscić to ponure miejsce. jajecznica była gumowata i w ogóle nie czuć w niej jajek, ale przynajmniej w pewnym stopniu zaspokoiła mój głód.
po zakończeniu jedzenia, wypiłam jeszcze jedną szklankę herbaty. to jedyna rzecz która mi tutaj smakuje. wstałam od stołu i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku wyjścia, a moją głowę znowu przepełniły ponure rozmyślania. spuściłam głowę podziwiając swoje niezbyt ładne, ale bardzo wygodne trampki. ta... fajnie by było mieć jakieś ładne wyjściowe buty. chciałabym miec takie czerwone na wysokim obcasie i do tego takiego samego koloru sukienkę. taką z dużym dekoltem.
o czym ja w ogóle myslę? zamiast zastanawiać się, z czego w przyszłości będę żyła, ja rozmyślam nad takimi pierdołami. pokręciłam bezradnie głową. chyba po woli zaczynam wariować. w ogóle skąd takie pomysły?
moze to dlatego że kiedy widze te wszystkie celebrytki na rozdaniach nagród, premier filmów, czy jeszcze jakiejś innej okazji, w telewizji, tak pieknie ubrane, to jestem po prostu zazdrosna. dlaczego? bo mają duzo kasy, bo moga robic co im sie żywnie podoba i nikt im nie dyktuje co mają robić. sa wolne. a ja? ponownie pokręciłam głową. bede tu siedziec dopuki nie skończę osiemnastego roku życia. potem mnie wyrzucą na ulicę. jak dobrze pójdzie to znajde sobie pracę w jakimś burdelu, wynajmę sobie małe mieszkanko i jakoś będę się utrzymywać. może znajdę gdzieś pracę jako kelnerka? w końcu nie jestem taka brzydka. ale to są chyba zbyt ambitne plany jak na moja osobę. najwyzej sprzątaczka w toaletach miejskich. 
poczułam że z czyms się zderzyłam. cofnęłam sie o krok do tyłu żeby sprawdzić co, albo moze kto, przerwał rozmyślania o moich niezbyt kolorowych planach na przyszłość. 
zobaczyłam przystojnego szatyna o niebieskoszarych oczach, z dość... dziwnymi tatuażami na prawej ręce. 
- przepraszam... zamyśliłem się - powiedział posyłając mi przy okazji przepraszający uśmiech i pokazując rząd swoich białych zębów.
- ja przeprasza... zazwyczaj bardziej uważam. - również odpowiedziałam uśmiechem, ale nie tak szczerym jak jego, za co skarciłam się w duchu. ten chłopak wydał mi się być całkiem miły, ale nie czekając na nic ruszyłam w swoim kierunku. 
po chwili znalazłam sie juz w swoim pokoju. wzięłam szybko książki i po chwili byłam juz w drodze do sali lekcyjnej. dzisiaj zajęcia mam do drugiej godziny. są skrócone ponieważ dzisiaj nie ma pana od matematyki. genialnie. wiecej czasu wolnego, czyli więcej czasu na nic nie robienie. na prawdę wolałabym miec dwie godziny więcej lekcji, niz zastanawiać się bez sensu nad swoim życiem. to dobijające.
weszłam w korytarz, gdzie znajduja sie sale lekcyjne. czternaście, piętnaście, szesnaście... i w końcu weszłam do sali numer osiemnaście. w klasie było niewiele uczniów, ze względu na dość wczesną godzinę. jest dopiero dwadzieścia po siódmej. jednak jako że ja nie mam rano za bardzo nic do roboty, przychodzę co dziennie mniej więcej o tej godzinie. usiadłam w ostatniej ławce i wyciągnełam podręcznik z fizyki, powtarzając sobie ostatnią lekcję...

2.00 p.m. po południu...

lekcje minęły mi dzisiaj nadzwyczaj szybko. nawet sie nie zorientowałam kiedy zaczynała się ostatnia lekcja. teraz siedzę u siebie w pokoju, leżąc na łóżku i słuchając jakiś przebojów lat osiemdziesiątych, lecących w starym radiu, które stoi na komodzie koło okna. w pomieszczeniu oprócz mnie nie ma nikogo, co mnie cieszy.  
po dwudziestu minutach bezsensownego lezenia wstałam z łóżka i podeszłam do mojego małego biurka. usiadłam na krześle i wyciągnęłam z szuflady mały notes i ołówek. po chwili namyślenia zaczęłam rysować. przed oczami stanął mi obraz wielkiego, pięknego domu z ogródkiem i tarasem. przed frontowymi drzwiami siedział wielki pies, wygrzewając się na słońcu. piękna wizja. przynajmniej jak dla mnie. zaczęłam szybko szkicować, chcąc jak najszybciej ujrzec obraz moich marzeń.
po mniej więcej pół godzinie, oderwałam sie od małej kartki podziwiając swoje dzieło. nie źle wyszło. ale jeszcze trochę musze popracować nad techniką.
to chyba jedyna rzecz, jaką mam tu do roboty. rysowanie. przeglądnęłam inne kartki, na których znajdują się moje malowidła. na niektórych były ptaki, na innych drzewa, czasami jakiś zwykły mebel z mojego pokoju. malowanie pozwala mi się wyłączyć i zapomnieć o wszystkim. o wszystkich moich problemach o całym moim bezsensownym życiu... przynajmniej na chwilę...
westchnęłam kiedy zobaczyłam jeden rysunek, który lubię najbardziej. znajduje sie na nim mój brat. a przynajmniej tak mi sie wydaje. pewnej nocy przyśnił mi się ten wypadek. chyba. ja siedziałam na tylnym siedzeniu w foteliku, po mojej prawej mój brat, Felix, a z przodu mama i tata. nie widział ich twarzy. nie wiem tez, skąd wiem że mój brat sie tak nazywał. pamiętam, że w tym śnie mama zawołała go tym imieniem. czyli że pewnie tak sie nazywał. nigdy nie odważyłam sie nikogo spytać jak nazywali się moi bliscy.  za bardzo sie bałam. dalej sie boję i nie chce tego wiedzieć. boję się że wtedy będę jeszcze bardziej za nimi tęsknic. to trochę dziwne no nie? jak można tęsknic za osobami których się nawet nie pamięta? jednak za każdym razem kiedy o nich myslę, tęsknie. tęsknie za zyciem, które mogłaby mieć, za osobami które by mnie kochały i które byłyby całym moim światem. za osobami które by wspierały w trudnych chwilach, karciły, kiedy popełniłabym jakieś głupstwo. tak bardzo mi tego brakuje, chociaż nigdy czegoś podobnego nie przeżyłam. brakuje mi normalnego życia.
spojrzałam jeszcze raz na kawałek papieru. jeśli to był mój brat, to był do mnie bardzo podobny. miał prawie takie same rysy twarzy co ja, z tym że on bardziej męskie. na tym rysunku uśmiecha sie do mnie. tak go zapamiętałam z mojego snu. wesołego. pełnego życia, które za niedługo miał stracić. poczułam jak do moich oczu napływają łzy. dlaczego akurat ich to spotkało? dlaczego oni zginęli, a ja nie? to takie niesprawiedliwe. ja też powinnam być martwa. jednak.. najwidoczniej los chciał, żebym cierpiała. czasami, zastanawiałam się czy nie byłoby dla wszystkich lepiej gdybym dołączyła do mojego brata, mamy i taty. może w końcu byłabym szczęśliwa. wśród ludzi którzy by mnie kochali. na których by mi zależało, a im zależałoby na mnie. tylko wtedy odzywa się do mnie taki, cichutki, ledwo słyszalny głosik. skoro nie zginęłam, to znaczy, że po cos tu jestem. ciągle czekam na ten moment kiedy się dowiem po co. jednak z każdym kolejnym dniem, tracę cierpliwość. codziennie pytam sie Boga, po co trzyma mnie na tym świecie. ale jeszcze nigdy nie usłyszałam odpowiedzi na dręczące mnie pytania. zastanawiam się, czy kiedykolwiek ją usłyszę. to wszystko jest takie... trudne.
popatrzyłam na zegarek wiszący na ścianie. juz w pół do do piątej. mój wzrok ponownie powędrował na notes. na mojego zmarłego brata. czasami kiedy patrze na jego uśmiechniętą twarz, mam wrażenie że chce dodać mi tym otuchy. całkiem wariuję. jak rysunek może dodać mi otuchy? ale tak jest. mam wrażenie że on jest moim aniołem stróżem, który pomaga mi w każdej sytuacji. że mówi mi swoim ciepłym głosem ,, nie łam się. jeszcze będzie dobrze, zobaczysz! nie poddawaj się. nie możesz sie poddać. nie po to tyle wycierpiałaś. ''    
nagle usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju. zanim odwróciłam się sprawdzić kto zakłóca mój spokój, szybko schowałam notes do szuflady. potem szybko odwróciłam głowę i obrzuciłam ów osobę chodnym spojrzeniem. jak sie okazało, jest to dziewczyna z mojego pokoju. wysoka szatynka, z długimi włosami o słodkich rysach twarzy. u nas jest od niedawna. mieszka z nami od około miesiąca. zreflektowałam sie kiedy słabo i nieśmiało sie do mnie uśmiechnęła. odpowiedziałam tym samym. spuściła wzrok i usiadła na swoim łóżku podciągając kolana pod brodę. jej smutne oczy wpatrywały sie w jakiś nieistniejący punkt. już przyzwyczaiłam sie do takich sytuacji. często sama tak robie. 
westchnęłam i spojrzałam za okno. jak na Londyn przystało, padał deszcz. od tygodnia nie świeciło słońce. ale w końcu to Anglia. tutaj rzadko kiedy świeci słońce. 
reszta popołudnia minęła mi całkiem mozolnie. siedziałam przy biurku rysując coś i odrabiając zadania.
o godzinie siódmej poszłam na kolację. nie była ona zbyt smaczna, ale przynajmniej mogłam sie napić mojego ulubionego, gorącego napoju. po kolacji, kiedy wróciłam do pokoju, od razu powędrowałam do łazienki. umyłam sie i przebrałam w piżamę którą wcześniej wyjęłam z szafy. dochodziła ósma. postanowiłam sobie jeszcze chwile porysować. kiedy usiadłam przed biurkiem już z ołówkiem w ręce, zastanowiłam sie chwilę, zamykając przy tym oczy. potem ni z tąd, ni z ową t przed oczami stanęło mi drzewo. wielkie, okazałe. stoi na środku łąki a dookoła niej rozciąga się las. na niebie wiszą czarne chmury, zapowiadające burzę. silny wiatr ugina las dookoła, a ów drzewo stoi, ledwo poruszone wiatrem. jest bardzo mocne. potrzeba naprawdę potężnej wichury, żeby się ugięło. otworzyłam oczy szybko zaczęłam przelewać myśli na papier. najpierw szkic. drzewo, potem łąka i las. spojrzałam okiem na całość. spojrzałam na ów szkic. nie jest źle. tylko tutaj troszeczkę się poprawi... tutaj troszeczkę wymarzę... okay mamy szkic. teraz tylko cała reszta. 
minuty mijały szybko podczas tak żmudnej i pracochłonnej pracy. w pewnej chwili spojrzałam kątem oka na zegarek. w pół do dziesiątej. muszę się pospieszyć, zaraz cisza nocna. popatrzyłam na inne dziewczyny. wszystkie już smacznie śpią w łóżkach. tylko ja siedzę przy małej lampce, wylewając, na swój, sposób siódme poty. westchnęłam i wróciłam do pracy. powoli kończę swoje dzieło, jeszcze tylko trzeba troszkę poprawić...
po dziesięciu minutach oderwałam się od małej kartki. spojrzałam krytycznym okiem na swoje dzieło. nie jest źle. ale mogło mi wyjść lepiej. no nic. odłożyłam notes i ołówek do szuflady, po czym zgasiłam lampkę. doszłam po omacku do łóżka i szybko wskoczyłam pod kołdrę.
no. kolejny dzień za mną. o od jutra znów to samo. i to samo jeszcze przez dwa lata, a potem? potem trzeba będzie radzić sobie samemu. zamknęłam oczy. przed oczami znów stanęła twarz mojego brata. proszę, pomóż mi. pomóż mi wytrwać przez te dwa lata.....

biegłam... biegłam ile sił w nogach, byle jak najdalej od tego miejsca. od miejsce, gdzie do tej pory żyłam i żyłabym nadal, gdyby nie ten szalony czyn, który być może zmieni całe moje życie. silny wiatr targał moje włosy i utrudniał ucieczkę. ale to mnie nie zniechęciło. tyle czasu spędziłam w tym sierocińcu.
podniosłam na chwile wzrok, żeby zobaczyc gdzie mniej więcej sie znajduję. przede mną jest park. bez chwili zastanowienia pobiegłam w jego stronę. może tutaj uda mi się ukryć, przynajmniej do jutrzejszego dnia. 
kiedy przeszłam przez bramę, zaczęłąm rozglądać sie za jakąś dobrą kryjówką. nie biegłam już, ale szłam szybkim krokiem. przyspieszyłam jeszcze bardziej, kiedy zobaczyłam jakiegoś dziwnego typka w kapturze, siedzącego na ławce. wyminęłam go nie oglądając się za siebie. po chwili usłyszałam za sobą kroki. nie mogąc sie powstrzymać, odwróciłam głowę, żeby sprawdzić, kto za mną idzie. i niestety, ale moje przypuszczenia sie sprawdziły. ten koleś, który przed chwilą siedział na ławce, zbliżał sie do mnie szybkim krokiem. odwróciłam szybko głowę i jeszcze bardziej przyspieszyłam kroku, jezeli w ogóle bylo to możliwe. po chwili niepewności zaczęłam biec, nie patrząc gdzie mogłabym się schować, tylko jak najszybciej uciec z parku. 
- zaczekaj chwilę! - usłyszałam za sobą męski głos, w którym było wyraźnie słychać kpinę, co sprawiło, że jeszcze bardziej przyspieszyłam, czyli że w sumie to biegłam. 
jednak to na nic. po chwili poczułam jak ktoś (najprawdopodobniej
ów mężczyzna) łapie mnie gwałtownie w pasie, przez co przez chwile nie mogłam oddychać. po krótkiej chwili odwrócił mnie przodem do siebie i kopnał mnie z kolana w brzuch. poczułam przeszywający bój w okolicach żołądka. zgięłam sie w pół i upadłam na ziemię, nie mogąc wytrzymać bólu. do moich oczu zaczęły napływać łzy. po co ja uciekałam z tego zasranego sierocińca? jednak nie miałam za duzo czasy na rozmyślanie, ponieważ mężczyzna obrócił mnie w swoją stronę i kopnął mocno w bok. jęknęłam z bólu. podwinęłam kolana do góry, chcąc trochę złagodzić bol, jednak to nic nie dało. kiedy instynktownie chciałam sie przewrócić na bok, który nie jest poszkodowany, mężczyzna kopną mnie takze w ten, prezez co musiałam leżec do niego przodem. zamknęłam ocze, a łzy bólu popłynęły z moich oczu. jednak to nie zniechęciło napastnika. usiadł mi na brzuchy, powodując przy tym ponowna fale bólu. w cale nie jest taki lekki. otworzyłam oczy i ujrzałam jego. takie dziwnie puste. smutne. ale z pożądaniem i kompletnym brakiem litości. zaczełam cicho łkać, na samą myśl o tym co zaraz sie wydarzy. jednak mężczyzna uciszyl mnie skutecznie mocnym uderzeniem w policzek. potem uderzył mnie w żebra, żeby miec stuprocentową pewność, że sie juz nie odezwę. strasznie się boję. wszystko mnie boli, nie mam siły się szarpać. napastnik uderzył mnie jeszcze pare razy w różne części ciała, łamiąc przy okazji moje, niektóre, bardzo słabe kości. z oczu poleciała mi kolejna fala łez. ale tym razem juz nie tylko bólu. również smutku i strachu. zawsze muszę postawić na swoim i jeszcze nigdy nie wyszło mi to na korzyść. tym razem szczególnie. co się działo później... niewiele pamiętam, nie wiem nawet czy jestem do końca przytomna. czuje tylko ból.... ciemność.. i jeszcze raz ból.


siema!! pojawił się pierwszy rozdział! mam nadzieje że kogoś zaciekawi. ;3
w następnym zacznie się juz coś dziać, w tym chciałam tylko przedstawić główną bohaterkę i opisac jej dotychczasowe życie.
 nie będę przymulać, dzięki za wszytkie wejścia!
 P.S. komentarze bardzo motywują i dodają duuuużo weny! XD

5 komentarzy:

  1. Boże, ŚWIETNE!
    Szkoda mi jej :(
    PO CO DO CHOLERY ONA UCIEKAŁA?!
    Lepiej by było jak by została w sierocińcu!
    Tylko jedna mała uwaga, nie obraź się czy coś, bo piszesz fajnie :)
    Po kropce mogłabyś pisać dużą literą? Bo wiesz, mi się trochę ciężko czyta. Nie dostrzegam kropek, a nowe zdania rozpoznaję po dużej literze, a tu musiałam się dobrze wpatrywać, co przyniosło ból głowy, bo noszę dość mocne szkła :(
    Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ps. Mogłabyś dodać takie coś, jak "obserwatorzy"? :D

      I zapraszam Cię na mojego bloga :)
      Może Ci się spodoba :)
      http://opowiadaniedziewczyny-przyjazn-1d.blogspot.com/

      Usuń

  2. twojego bloga czytam juz od dawna XD. tylko komentarze publikowałam zawsze jako anonim XD
    i jeśli ktokolwiek miałby jakieś uwagi dotyczące tego bloga, porady, czy prośby to proszę pisać! to na pewno pomoże :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeżeli to twoje pierwsze opowiadanie, to wow. Fajnie się zaczyna. Mam nadzieję, że nie uszkodzi jej jeszcze bardziej. :)
    Podobał mi się pomysł z tym sierocińcem oraz z snem o rodzicach. Życzę duuużo weny i zapraszam na nowe opowiadanie, które swoją drogą skomentowałaś, za co dziękuję, ale chcę poinformować, ze pojawił się rozdział 4. :)
    http://harrystyles-hardlove.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeju dziennnki!
      nie spodziewałam się że komuś może się to spodobać, a tu proszę!

      Usuń